poniedziałek, 9 grudnia 2013

[166] Czapy, czapki i zamotki

Jedną czapkę zrobiłam ze strachu... przed Ksawerym!
Pomyślałam sobie, że tak łatwo nie dam się wygwizdać przez jakieś  importowane wietrzysko i wydziergałam sobie super - hiper ciepłą czapę.

Wygrzebałam tak kudłatą włóczkę, że żadnego wzoru nie mogłam na niej przećwiczyć. Postawiłam więc na klasykę, czyli ściągacz i w górę na gładko. Tego też nie było widać! A czego nie mogłam dostrzec oczami dziergaczki, to domacałam własnymi, spracowanymi ręcyma. Dzięki temu, że prawe oczka leżą na drucie inaczej niż lewe, metodą "na czuja" udało mi się pociągnąć parę centymetrów tego ściągacza.
Ksawery przeleciał, a ja doszłam do wniosku, że w czarnym to mi niekoniecznie do twarzy. Rodzinka stwierdziła, że jakbym dziury wycięła na oczy i nasunęła ściągacz na brodę, to mogłabym z powodzeniem udawać "obrabiacza banków" z kreskówek. Odłożyłam więc czapę na półkę i zabrałam się do wygrzebywania innych włóczek, które mogłyby ożywić moje zmarznięte lico.
Wybór padł na brudny róż.
Wydziergałam  wg obcykanego wzoru i wyszło tak:


Do tego dodziergałam zamotkę, która w sztucznym świetle nie prezentuje się najlepiej.



Założyłam komplet i z uśmiechem na twarzy pokazałam się rodzince.
Po tej prezentacji zyskałam kolejny roboczy przydomek: "Jaśnie oświecona"

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz