piątek, 13 grudnia 2013

[167] Śmierć Szczurów i PAN DA

Jak już rozrobiłam szarości, czarności i biele, to trzasnęłam hurtem Śmierć Szczurów (dla córki) i okładkę na indeks dla zdesperowanego żaka.

Propozycja dla wszystkich tych, którzy w pędzie po wiedzę nie zatracili poczucia humoru:)
Jak tu delikatnie wytłumaczyć wykładowcy, że jego przedmiot nie jest naszym ulubionym, a wiedza, którą wykłada, nikomu do niczego w przyszłości się nie przyda, że chodzimy tylko dla tych nieszczęsnych punktów ECTS?
Jest sposób!
Zakładamy wtedy okładkę na indeks i modlimy się, by wykładowca przypomniał sobie lata studenckie. Wszak też nie ze wszystkiego był orłem! No chyba, że trafimy na drętwego kujona, to wtedy mamy przechlapane:)





Będąc młodą studentką na uczelni technicznej, miałam na pierwszym roku taki właśnie nikomu do niczego niepotrzebny przedmiot. Nazywał się Filozofia (coś tam, coś tam). Wykładał ją taki baardzo wiekowy Pan, który kazał tytułować się: per "panie doktorze". Starszy rok uprzedził nas, że dr P. jest w zasadzie tylko magistrem i do tego kończył jakąś uczelnię na wschodzie i jest "nietykalny".  Nie było innego sposobu, trzeba było jakoś ten przedmiot zaliczyć. A nie było to takie łatwe, bo dr P. ubzdurał sobie, że jego przedmiot jest najważniejszy i gnębił studentów poprawkami. Sam egzamin (ustny) wyglądał jak rozmowa schizofrenika z autystykiem. Gdy nadeszła godzina "W", każdy, nawet ten niewierzący modlił się o nędzną trójczynę, byleby już mieć z głowy cały ten cyrk. Wchodziliśmy alfabetycznie i tak się składa, że ja weszłam ostatnia. Odpowiedziałam jakoś na trzy wylosowane pytania i wlepiłam błagalny wzrok w dr P. Ten, chcąc zakończyć egzamin, rzucił zmęczonym tonem:
- No ma pani te 3.
Skrzydeł dostałam ze szczęścia i już miałam wylatywać z sali, tylko musiałam wyszarpać doktorkowi mój indeks. A ten, skubany, zamiast trzasnąć trójczynę, życzyć mi sukcesów i zakończyć tę farsę, wlepił wzrok w indeks, potem we mnie, odłożył pióro i wydusił z siebie słowa, które do tej pory dźwięczą mi w uszach i śnią się po nocach:
- Pani przyjdzie na drugi termin. Nie mogę wpisać pani tej trójki, bo popsuje to średnią ocen.
Zagotowałam się, aż mi para gwizdała wszelkimi otworami. Jak miałam gościowi wytłumaczyć, że niech szlag trafia tę średnią, wcale nie jestem do niej przywiązana. Niech nie gapi się na te czwórki, bo one mi wpadły niechcący, przypadkiem, znaczy się. Dawaj doktorku tę trójkę, trójeczkę, trójczynę upragnioną i się zmywam!
Niestety, na nic były moje tłumaczenia, facet uparł się i dalej tkwił na swoim stanowisku niczym relikt upadającego socjalizmu z jego wodzem Władimirem Iliczem na cokole.

Gdybym ja wtedy miała taką okładkę na indeksik... Ba! Gdyby cały rok miał takie okładki, to może by do gościa dotarło w końcu, że my umysły ścisłe jesteśmy, nie jakieś orły z humanistycznym zacięciem, co to nic tylko wkuwać na pamięć całe stronice doktryn, sentencji i temu podobnych.

Mając na uwadze moje traumatyczne przeżycia sprzed lat, maluję te indeksy z "pandami", dedykując każdy jeden "doktorowi P."

8 komentarzy:

  1. Jak zwykle Twoje "opowieści z życia wzięte" poprawiają mi mój ostatnio dość kiepski humor. Okładka na indeks jest świetna! Oczywiście Śmierć Szczurów również :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na kiepski humor najlepsza jest komedia, albo najlepiej dwie:)
    A jak to nie pomoże, to trzeba dać sobie przyzwolenie na przeżycie chandry, opaść miękko na dno, przeczekać, zebrać siły, by odbić się od tego dna z taką amplitudą, aby z wysokiego pułapu wszelkie smutki wyglądały, niczym okruchy chleba po wielkiej uczcie.

    Chyba mi jednak coś pozostało po tych wykładach dr P. - czasem tak filozofuje, ze samą siebie zaskakuję:)

    Samych miłych przeżyć życzę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Moja studentka po zobaczeniu pandy zapałała chęcią posiadania takowej :), ale na razie niech się uczy :) może na 2 roku dostanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A moja ma dylemat, bo z chęcią zastosowałaby takową okładeczkę, ale przedmiot, na który chodzi, wykłada kobitka. Sam przedmiot jest adresowany tylko do 5 % zadowolonych studentek, reszta chodzi, bo musi.
      Przedmiot nazywa się... uwaga... WIZAŻ! Uczy się na nim m.in., jak dobierać podkład i jak zrobić oko karnawałowe itp. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie to, że uczelnia jest o profilu przyrodniczym i wykładany jest na magisterce i z przyszłym zawodem przedmiot ten nie ma nic wspólnego. Najzabawniejsze są zajęcia praktyczne, gdy facet maluje faceta! A można było jako obowiązkowy przedmiot humanistyczny zlecić wykłady komuś z agencji PR, a nie kosmetyczce.

      Usuń
  4. rozłożyła mnie ta okładka na indeks. "Pan 3 da"- świetne :)) Oj przydałby się taki napis na przedmiocie konstrukcje żelbetowe- gdzie 5/6 roku oblewało w pierwszym terminie a do końca udało się ostatecznie zdać przedmiot bez warunku połowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas takim, przesiewowym przedmiotem była geometria wykreślna. W tym przypadku żadna okładka z pandą by nie pomogła. Warunkiem przejścia dalej było opanowanie elementarnych zasad jak się rysuje 'kłady, rzuty itp.' Maiłam wrażenie, że gościu, który wykładał przedmiot miał na czole napisane: "NIE MA ZMIŁUJ" :)

      Usuń
  5. Hehe, indeksy genialne:) Ja z kolei miałam szczęście do filozofów i trafiali mi się zawsze bardzo fajni, tacy co nie tyle chcieli, aby człowiek zakuwał niesamowicie, ale aby był w stanie pofilozofować w oparciu o przeczytane materiały, podać swoją opinię, uzasadnić jakoś itp. Była też część do nauczenia się na pamięć, ale akurat jakoś zawsze mi podchodziła. Tylko, że ja jestem humanistką i też może dlatego moją zmorą była zawsze matematyka, fizyka i chemia:D
    Strasznie fajnie tu u Ciebie, zostaję podglądaczem:))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po latach mogę teraz stwierdzić, że im dalej od tych moich studiów technicznych i im mniej z nich pamiętam, tym większym staję się filozofem:)
      PS
      Cieszę się, że "zapuściłaś żurawia" i pozostaniesz tu na dłużej.

      Usuń