sobota, 29 marca 2014

[183] Czapka Hełm Krasnoluda

Wiem, wiem wiosna już zawitała, kwiatki kwitną, ptaszki drą dzioby, koty ten - tego... a ja hełm wydziubałam! Śmiało mogłabym w tym hełmie dzięcioła udawać i zamiast pukać się w czoło, walić głową/łbem w drzewo!


Prawda jest jednak taka - hełm się zrobił dawno temu, ale czekał na zszycie - i doczekał się wiosny :)



W końcu znalazłam trochę czasu i dokończyłam dzieła, bo nic tak mnie nie wkurza, jak jakieś zaległości po szafach upchnięte.


Teraz też będzie leżeć upchnięte w szafie, ale już w jednej części.


Pierwotnie, zamysł był taki, by wyszyć złote elementy ozdobne, ale córka stwierdziła, że nie każdy chciałby ze złotościami po świecie latać, więc hełm został "goły". Wiedziona doświadczeniem postanowiłam posłuchać córki, bo dzieci zawsze wiedzą lepiej "co w trawie piszczy".

niedziela, 23 marca 2014

[182] Etui na telefon - KROKODYL

Jest to etui, które powstało podczas akcji -WYKAŃCZANIE



Sezonowo, aby przewietrzyć "magazyny", wyciągam resztki, których za mało jest do tzw. wielkich projektów, a stanowczo za dużo, by udawać, że ich tam nie ma. Siedzi sobie w pudle taka resztka jedna z drugą, rozpycha całą przestrzeń i zatruwa mój umysł przy okazji. Sama świadomość beznadziejnej sytuacji i tego, że nie panuję nad tym bałaganem doprowadza mnie do szału.
I tak wygląda geneza akcji WYKAŃCZANIE.
Wyjmuję pudło, wyciągam resztki i zamóżdżam się nad nimi intensywnie. Jak coś wymyślę, to mam radochę, że wykończyłam resztki, zanim one mnie wykończyły. Zrobiłam luz i czuję się jak spełniony artysta, zdziwiony trochę, co prawda, że coś mu się udało. Czasem odczucie jest mniej artystyczne, za to bardziej prozaiczne. Grunt, że jest zaprowadzony porządek, nic się nie szwenda i nie zagraca kątów.

Tym razem wyjęłam włóczki, pozwijałam w kłębki i wymyśliłam sobie, że zrobię SOWĘ.
Nabrałam oczka na druty i tak od tego momentu moja praca zaczęła żyć swoim życiem. Pomysł ewoluował do samego końca. A na końcu było już wiadomo, że to nie sowa, tylko KROKODYL!



Całkiem miły ten krokodyl mi wyszedł. Jak zwykle udało mi się zasadzić mu pod ogon telefon (największy to Samsung Galaxy S2). Aby zawartość była bezpiecznie schowana, to krokodyl dla dobra sprawy potrafi złapać się za ogon.

O tak:


Dużo tych resztek to ja nie wykończyłam przy takiej jednorazowej akcji, ale za to mam tak dziką satysfakcję, jakbym budując kajak, wynalazła patent na łódź podwodną z atomowym napędem.
I póki co, mam zamiar napawać się tym drobnym sukcesem.

A sowy? Poczekają, aż mnie znowu jakaś wykończeniowa wena dopadnie...

poniedziałek, 17 marca 2014

[181] Kuna jak malowana :)

Co tu dużo pisać... Ta sama historia jak poprzednio, te same inspiracje i ten sam zamawiający...





Córka pisze pracę o tępieniu kun domowych. Jak to w takich sytuacjach bywa, z potencjalnego oprawcy, stała się praktykującym miłośnikiem kun. Można ją śmiało nazwać "kunfanką"!

Tym razem też użyłam lampy błyskowej, by wydobyć kunę z na światło dzienne.

sobota, 15 marca 2014

[180] Szczur jak malowany :)

Do namalowania tej koszulki...

... zainspirował mnie syn znajomych.

Nosi on koszulki, które na pierwszy rzut oka sprawiają wrażenie jakby ze sto razy już przewinęły się przez pralkę i uparcie były suszone na słońcu. Nadruki wyglądają na sprane do tego stopnia, że trzeba się nieźle wysilać,by zobaczyć o czym stanowią.
Znajomy mój dorwał raz wyżej wspomnianego syna swojego jedynego, gdy ten wybierał się na jakąś imprezę. Zwrócił mu uwagę, by przebrał się w stosowne, miastowe ciuchy, gdy wyrusza miedzy ludzi, bo wstyd ino rodzinie przyniesie w takiej garderobie. Ojciec dyrektor, a syn wygląda, jakby go z domu wyrzucili i błąkał się od dłuższego czasu po świecie. Spodnie opuszczone, podarte, buty bez sznurówek, a koszulka... szkoda gadać - sprany t -shirt!
- To co, synu, kasę przehulałeś i teraz w lumpeksie się ubierasz? - spytał zaczepnie
- Tato, te buty są z (tu padła nazwa jakieś piekielnie drogiej marki)..., spodnie kopiłem za (tu padla zawrotna kwota), a koszulka to jest hicior - odpowiedział syn znajomego.
Dodam jeszcze, że mój znajomy długo dochodził do siebie po takiej informacji, a gdy ochłonął, to opowiada to zdarzenie jak anegdotę zakończoną puentą:
- Kiedyś człowiek kombinował jak za małe pieniądze ubrać się tak, by wyglądać i pachnieć drogo, teraz młodzi wydają kupę kasy na to, by przypominać biedaków bez grosza przy duszy.

Ale wracając do szczurka na koszulce - zdjęcie zrobiłam z lampą, by światło odbiło się od farby i można było go zobaczyć - w świetle dziennym wtapia się w tło i udaje sprany obrazek po stu praniach :)

piątek, 7 marca 2014

[179] Duch szczura laboratoryjnego.

Duch szczura laboratoryjnego wygląda tak:


Szczurek ma swoją historię. A zaczęła się ona od pytania, czy zrobię na zamówienie szczurka z atrybutami śmierci, jak na tym zdjęciu:



"Śmierć Szczurów, znaczy się" - pomyślałam - "czemu nie".
A potem dowiedziałam się, że szczurek ma mieć ok 40 cm wzrostu. Jak tak, to czy stawiać na alegorię, czy raczej na poprawność anatomiczną? Stanęło na tym drugim. I tak szczurek zawładnął moją wyobraźnią na długo. Przejrzałam setki zdjęć, filmów, odwiedziłam sklep zoologiczny i zrobiłam mnóstwo szkiców. Córkę mianowałam moim konsultantem ds anatomii. Tak dla bezpieczeństwa, by w razie porażki móc na kogoś zrzucić winę (taki żenujący żart prowadzącego)
Teoria ma to do siebie, że czasem w starciu z oporną materią potrafi zweryfikować skutecznie nasze wyobrażenia. Po wypchaniu szczurek spasł mi się trochę i jak na ducha przystało przestał być wiarygodny. Potem był problem z łapkami. Pierwotne, białe chciałam zamienić na cieliste, różowe, by podtrzymać poprawność anatomiczną. Zamówiony róż okazał się wściekły, a beż, mało plastyczny. W konsekwencji takiego splotu wydarzeń, łapiszcze szczurzyszcza są trochę mało podobne.




Niewątpliwym sukcesem konstrukcyjnym było to, że szczurek stał sam!
A potem zaczęły się schody. Ubranko przykryło całą tę poprawność anatomiczną i uświadomiło mi przykrą prawdę: "po co ja się tak zmóżdżałam?" Najwięcej problemów miałam jednak z kosą. Ta ulepiona z Fimo, była za ciężka i nawet z podstawką sprawiała wrażenie, jakby żyła swoim życiem. Druga kosa z folii aluminiowej, okazała się tandetna, trzecia, zbyt prosta. W końcu udało mi się przeczesać park i znalazłam patyk, który pasował do całości.



Narodzinom szczurka kibicowała cała rodzinka. Pewnego dnia nakryłam dziecię moje młodsze (młodsze tylko z nazwy, bo już pełnoletnie), jak sepleniło czule do gryzonia.
No i przyszło mi puknąć się w głowę i zastanowić nad tym, czy duch szczura może mieć tak pogodną, żeby nie zaryzykować stwierdzenia "milusią" facjatę? Spojrzałam na gryzonia krytycznym okiem i pomyślałam sobie, że bardziej pasowałby mu widelec zamiast kosy. Przypomina mi raczej mnicha niż ducha. Albo wojowniczego szczura Ninja. Ale może to kwestia wyobraźni?







W trakcie pracy nad szczurkiem miałam takie pokusy, by zrobić mu oczy migające, ale nie mogłam wyregulować diod tak, by świeciły równocześnie. Druga pokusa - nagrać odgłos jakiś, który można by odtwarzać za pociągnięciem sznurka. Tutaj problem stanowiły baterie, które nie zmieściły się w zadzie gryzonia. Trzeci, doprawdy szalony pomysł, to zamontowanie mechanizmu "gwizdającego świstaka".

W końcu odpuściłam, bo choć uwielbiam takie wyzwania, to czasami łapię się na tym, że zaczynam świrować, a wtedy to już tylko mały krok mnie dzieli od "przekombinowania". Przecież najlepsze są proste rozwiązania i tego należy się trzymać!



czwartek, 6 marca 2014

[178] Tank you

A miało być tak oryginalnie. Najpierw namalowałam, a potem wygooglowałam i okazało się, że wcale nie jestem taka bystra, jak mi się zdaje. Mam wrażenie, że kiedyś już to przerabiałam. Deja vu jakieś mnie prześladuje czy szpiega mam pod łóżkiem, albo gorzej - czipa w głowie!

Dawno temu, rozmawiając z córką o grach strategicznych, w tym "strzelankach czołgowych", wymyśliłyśmy takie oto hasło pacyfistyczne:





Okazuje, że ludzi, którzy myślą podobnie jest na świecie więcej, kto wie, może jesteśmy klonami z poplątanym DNA, sterują nami obcy, a faceci w czerni to nie fikcja?

W mojej głowie siedzi jeszcze wiele pomysłów, wydaje mi się, że jedynych w swoim rodzaju. I najpierw je wykonam, a potem sprawdzę w sieci, czy gdzieś tam w Nowej Zelandii na przykład, ktoś z nudów już nie  zrealizował mojego super fajnego i tajnego pomysłu na baaadrdzo oryginale coś tam.