czwartek, 3 stycznia 2019

[303] WOŚP - licytacja - NIECH MOC BĘDZIE Z WAMI!

Jak co roku, tradycyjnie gram w Orkiestrze Jurka Owsiaka.

Już nie jako wolontariusz, nie jako pomocnik nieletniego wolontariusza, ale jako darczyńca dzieła.
Jeśli też chcesz zostać darczyńcą, a nie masz co wystawić, to możesz zalicytować i zostać darczyńcą i darobiorcą jednocześnie! Ja daruję dzieło, Ty darujesz kasę. Orkiestra gra i wszyscy dobrze się bawią!

Tak się składa, że moje młodsze dziecko zdążyło już skorzystać ze sprzętu z serduszkiem. Szpitale mamy "oblatane" i nikomu nie życzę, by te serduszka na sprzętach musiał oglądać, ale dobrze mieć świadomość, że nasza medycyna dogania standardy zachodu.

Zachęcam zatem do licytacji 





Na tej aukcji



można wylicytować maleńki hełmik dla niespełna rocznego dziecka


Zawsze czuję ekscytację, gdy wysyłam swoje wylicytowane prace, do osoby, która okazała serce.

Niech MOC BĘDZIE Z NAMI!



sobota, 29 grudnia 2018

[302] Kapcie na drutach, dużo kapci...

Tuż przed Świętami dostałam zamówienie na kapcie...




Gdy tak nurkowałam w  kartony, w celu wygrzebania odpowiedniej włóczki, doznałam olśnienia!
A może by tak zrobić parę kapci jako prezent pod choinkę?
Często bywa tak, że goście wychodząc zabierają ze sobą kapcie, które przywdziewają na starcie. Nie zmuszam gości moich do ściągania butów, ale jak już upierają się, to podsuwam im kapciochy, bo odkąd mamy psa, to idealnie czysta podłoga bywa tylko 10 minut po umyciu. Do tego, wiadomo:"od dołu ciągnie".

Pomyślałam, że takie jedyne w swoim rodzaju kapcie, to idealny prezent.
Początkowo miałam zamiar dziergnąć kilka par, ale jak się rozpędziłam, to wyszło mi tego trochę.




Grubaśne kapciochy, dzierganie trochę siłowe, więc pod koniec strasznie bolały mnie nadgarstki. Zaczęłam powoli żałować, że czapek nie dziergam. Wypadłoby mi po jednym gdziergu na głowę, a tak... każdy ma nogi dwie...

Wypstykałam się z włóczki prawie do zera, ale żeby kartony nie stałe sobie tak "na pustaka", to rzuciłam się zaraz po świętach w internety i właśnie jedzie do mnie materiał na następne "coś tam, coś tam"


niedziela, 9 grudnia 2018

[301] Spodek, talerz, garnek, durszlak i inne kuchenne nakrycia głowy :)

W końcu udało mi się zrobić coś na głowę, co mojej Mamie spodobało się... nawet:


Jest to skrzyżowanie czapki z garnkiem, ale aby nie było niedomówień, naszyłam ozdobną kokardkę i działa! Jak znam życie (moją Mamę), to nie omieszka tego czegoś zaraz wypchać czymś tam dla lepszego efektu (cieplarniano - wizualnego), by zaznaczyć swój gust odrębny. Grunt, że w końcu zadowolona! Zrobienie beretu z wieeeeelkim rondem zostało w porę odwołane i zaargumentowane odpowiednio tym, iż beretów (tych wypchanych zresztą) ma już dużo, a czapek nie.


A cała historia z kulinarnymi nakryciami zaczęła się od tego, że wcześniej wykonałam mojej Mamie beret. Moim zdaniem OK, wymiarowy, twarzowy. Nie ma się czego czepić:



W mojej wieloletniej "karierze dziewiarki" robiłam już niejedno odjechane nakrycie głowy, więc taki garnek, czy talerzo - spodek to pikuś przy takiej babeczce np:




Albo truskawce:




Był też durszlak:




I Ciasteczkowy Potwór:




Czy też beza:




Ale jak do tej pory nikt, ale to NIKT tych czapek nie wypychał!!!




piątek, 7 grudnia 2018

[300] Różowa kiecka dla dziecka :)




Kiecuchę wydziergałam z czystej ciekawości.




Zapinana na kwiatuszki.

Przepis na sukienkę prosty. Jak będzie zapotrzebowanie na dzierganie, to mogę rozwinąć posta.




piątek, 30 listopada 2018

[299] KOPYTKA męskie

Proste kapcie z włóczki, to ostatnio hit sezonu.
Fajnie się dzierga, fajnie wyglądają. Są fajnym prezentem pod choinkę.
Dlaczego "KOPYTKA"?
 - Stworzone z bardzo grubej włóczki, same stoją, nie tracą fasonu i wyglądają jak... kopytka :)

Ostatnio mają coraz więcej fanów.
Znajomi i rodzinka pytają się mnie, kiedy wrzucę na druty kapcie, bo te zeszłoroczne już prześwitują od spodu.
Wszyscy wiedzą, że jak nie mam pomysłu na prezent, to... dostaną KOPYTKA!
Czasem nadziergam ich sobie mały zapasik "na zaś".
Mój chrześniak od małego nie cierpi kapci, a co za tym idzie, zdziera i brudzi skarpety. Zaproponowałam mu KOPYTKA. Początkowo potraktował to obuwie jak szczyt obciachu. Ale to było kilka lat temu, gdy wchodził w wiek durny i chmurny. Obecnie jest hipsterem a te kapcie wpisują mu się w outfit. A ja w końcu nie mam problemu z prezentem dla niego :)







PS

Dla chętnych, którzy trochę obcykani są w dłubaniu drutami polecam moją lekcję dziergania kapci

A dla tych, dla których lekcja ta jest trochę za trudna mogę stworzyć przepis na hiper łatwe kapcie.

wtorek, 20 listopada 2018

[298] Autopromocja nie hańbi :)

Historia z cyklu: reklama szeptana.
Artystyczna ze mnie dusza, która zamiast iść za głosem serca i skończyć ASP (jak planowałam od dziecka), skończyła Polibudę (jakoś tak wyszło). Na studiach, w czasach dziko rozwijającego się kapitalizmu, realizowałam swoje artystyczne wizje i dłubałam przeróżne rzeczy oddając w komis do świeżo, co powstałego butiku. Kasa była z tego niezła, zamówienia przerastały moje możliwości, a ja przez kilka lat miałam taką radochę z tworzenia, że nawet nie zauważyłam, kiedy zostałam mgr inż.
Potem wiadomo, proza życia. Artystyczne dłubanie zawsze mi w życiu towarzyszyło, tak jak techniczne myślenie :) Ale ileż można zrobić np. czapek, miśków, koralików na własne potrzeby? Rozdawałam więc chętnym (czyt. bardzo chętnym). Tak oto moja pasja i chęć tworzenia powoli drenowała mi portfel. A ja miałam tyle pomysłów do zrealizowania! A farby kosztują! A włóczka kosztuje! A koraliki kosztują!
Wymyśliłam więc sobie, że założę bloga, złożę ofertę do jakiegoś sklepy internetowego... coś tam sprzedam i będę mieć kasę na dalsze pomysły.
Zadziałało!
Działało nawet na tyle dobrze, że nadmiar kasy zaczęłam przekazywać na cele charytatywne, bo po co mi tyle koralików, włóczki i farb?

Obecnie interes kręci się sam, bez sklepu, bez marży i bez reklamy...
No nie do końca bez reklamy i tu jest właściwa opowieść o reklamie szeptanej.


A tyczy się ona tego oto produktu:





Wybrałam się kiedyś ze znajomkami na narty do Zieleńca. Wiadomo, obecnie na stoku obowiązują z goła twardsze nakrycia głowy, że tak pojadę cytatem: "he he hełmy i ka ka kaski". 
Przy wejściu do schroniska mój wzrok wypatrzył coś znajomego. Pan zupełnie mi obcy, ale po zdjęciu "ka ka kasku", wyciągnął zza pazuchy zwinięty w trąbkę "he he hełm". Patrzę ja, a "paczę" i oczom nie wierzę!
Znajomy widok, ale by się jeszcze upewnić, czy aby na pewno to ten mój "he he hełm", zaczęłam zataczać wokół gościa coraz to ciaśniejsze kręgi, niczym jakiś dolnośląski Apacz. 
Musiałam być czujna jak Siuks, by nie wzbudzić podejrzeń Rycerza na deskach, a jednocześnie chciałam zobaczyć niezbity autorski dowód - guzik!
Trochę te podchody trwały, bo człowiek ów do spokojnych nie należał i kręcił się niczym wkurzony elektron na ostatniej orbicie. On kręcił swoje kółka, ja swoje... aż w końcu nie wytrzymałam napięcia, podeszłam do Rycerza, pacnęłam go w ramię i wypaliłam niczym średniowieczna armata na granitowe kule:
- Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam się zapytać, jak się nosi ten hełm? 
No, głupszej gadki to ja nie mogłam wypalić! Miało być incognito, a wyszło "szydło z worka". Chociaż mogłam zagadać głupiej. Np. tak: "po ilu praniach jest ta czapka, bo wygląda jak nowa".
Pan wcale nie był zaskoczony moją durną zaczepką, uśmiechnął się spod wąsa i odpowiedział:
- Nie przeszkadza Pani. Jestem już przyzwyczajony do tego, że wzbudzam takie zainteresowanie - (On, znaczy się, a nie moja czapka!) - Żona kupiła mi tę czapkę pod choinkę w tamtym roku. Teraz noszę już przy sobie wizytówkę tej firmy i daję namiary każdemu, kto się zapyta. 
W tym momencie Pan Rycerz sięgnął do portfela i wyciągnął paskudnej urody kartonik z namiarami na "moją firmę" (muszę popracować nad wizytówkami). Cyknęłam grzecznie zdjęcie, podziękowałam i pędem zmyłam się się z pola boju, bo śmiech mnie rozsadzał od środka. 

Tak oto namacalnie doświadczyłam, czym jest reklama szeptana :)

A produkcja hełmów trwa, z tym, że moce przerobowe nie nadążają za popytem...

piątek, 2 listopada 2018

[297] Rzut beretem... na taśmę.

Ten beret ma swoją historię... jak wszystko, co robię dla mojej mamy:)
Jakiś czas temu zwierzyłam się mojej mamie, że od września jestem "zarobiona" po pachy, bo jak co roku rusza sezon na hełmy (w podtekście, czyli między wierszami czytaj: nie mam czasu na pierdoły). Moja mama wysłuchała i rzuciła:
- Jak już masz sprzęty wyjęte (czyli druty i szydełka), to rzutem na taśmę możesz mi beret zrobić. Taki granatowy, wiesz, do tej kurtki, co... (i tu pada długie tłumaczenie, co to za kurtka jest). 

Tu należy się mała dygresja. Tekst:"rzutem na taśmę" jest często używany przeze mnie w celu wrobienia mojej mamy jakieś drobne szycie na maszynie. Ja muszę specjalnie maszynę wyjmować, stolik odgruzować, a moja mama z racji nadmiaru miejsca, w jednym z pokoi urządziła sobie pracownię, a co za tym idzie, wszystko ma pod ręką.

No to rzutem na taśmę dziergnęłam ten beret i zadowolona z siebie, że taka szybka i zdolna bestia jestem, podrzuciłam go wczoraj mamie.

Moja rodzicielka pędząc z kuchni do pokoju, wyhamowała przed lustrem na chwilę, nasadziła szybko berecik na głowę, po czy jeszcze szybciej zdjęła i rzuciła na półkę z grymasem niezadowolenia:
- Za mały jest! Jak ja mam to wypchać?

Berecik jest w sam raz rozmiarowo, bo genetycznie główkę mam po mamusi :)  
Moim zdaniem udany. Ładnie leży. Twarzowy, znaczy się.






  A tu taki error! 
Beret standard ale moja mama preferuje spodki UFO, które na dodatek jeszcze czymś wypycha dla zwiększenia odlotowego efektu wizualnego.

No i w ten oto sposób zostałam z granatowym nakryciem głowy!








No i z nową robotą, rzecz jasna. Taką rzutem na taśmę :)

Aż mnie korci, by teraz takie rondo wydziergać, że jak moja mama będzie przechodzić przez skrzyżowanie, to wymusi ruch kołowy na kierowcach samochodów!