wtorek, 20 listopada 2018

[298] Autopromocja nie hańbi :)

Historia z cyklu: reklama szeptana.
Artystyczna ze mnie dusza, która zamiast iść za głosem serca i skończyć ASP (jak planowałam od dziecka), skończyła Polibudę (jakoś tak wyszło). Na studiach, w czasach dziko rozwijającego się kapitalizmu, realizowałam swoje artystyczne wizje i dłubałam przeróżne rzeczy oddając w komis do świeżo, co powstałego butiku. Kasa była z tego niezła, zamówienia przerastały moje możliwości, a ja przez kilka lat miałam taką radochę z tworzenia, że nawet nie zauważyłam, kiedy zostałam mgr inż.
Potem wiadomo, proza życia. Artystyczne dłubanie zawsze mi w życiu towarzyszyło, tak jak techniczne myślenie :) Ale ileż można zrobić np. czapek, miśków, koralików na własne potrzeby? Rozdawałam więc chętnym (czyt. bardzo chętnym). Tak oto moja pasja i chęć tworzenia powoli drenowała mi portfel. A ja miałam tyle pomysłów do zrealizowania! A farby kosztują! A włóczka kosztuje! A koraliki kosztują!
Wymyśliłam więc sobie, że założę bloga, złożę ofertę do jakiegoś sklepy internetowego... coś tam sprzedam i będę mieć kasę na dalsze pomysły.
Zadziałało!
Działało nawet na tyle dobrze, że nadmiar kasy zaczęłam przekazywać na cele charytatywne, bo po co mi tyle koralików, włóczki i farb?
Potem wycofałam się ze sklepu internetowego, bo nie nadążałam z produkcją (ja wymyśliłam sobie, że skupię się na czapkach - hełmach, chcąc doskonalić warsztat, a klient (nasz Pan) zażyczył sobie kilka koszulek (były w ofercie - miał takie prawo). Zatem hełmy w kąt, a farby na stół!
Czyli robiłam to, co lubię, ale nie wtedy, kiedy chciałam i miałam na to czas i warunki.
Obecnie interes sam się kręci, bez sklepu, bez marży i bez reklamy...
No nie do końca bez reklamy i tu jest właściwa opowieść o reklamie szeptanej.


A tyczy się ona tego oto produktu:





Wybrałam się kiedyś ze znajomkami na narty do Zieleńca. Wiadomo, obecnie na stoku obowiązują z goła twardsze nakrycia głowy, że tak pojadę cytatem: "he he hełmy i ka ka kaski". 
Przy wejściu do schroniska mój wzrok wypatrzył coś znajomego. Pan zupełnie mi obcy, ale po zdjęciu "ka ka kasku", wyciągnął zza pazuchy zwinięty w trąbkę "he he hełm". Patrzę ja, a "paczę" i oczom nie wierzę!
Znajomy widok, ale by się jeszcze upewnić, czy aby na pewno to ten mój "he he hełm", zaczęłam zataczać wokół gościa coraz to ciaśniejsze kręgi, niczym jakiś dolnośląski Apacz. 
Musiałam być czujna jak Siuks, by nie wzbudzić podejrzeń Rycerza na deskach, a jednocześnie chciałam zobaczyć niezbity autorski dowód - guzik!
Trochę te podchody trwały, bo człowiek ów do spokojnych nie należał i kręcił się niczym wkurzony elektron na ostatniej orbicie. On kręcił swoje kółka, ja swoje... aż w końcu nie wytrzymałam napięcia, podeszłam do Rycerza, pacnęłam go w ramię i wypaliłam niczym średniowieczna armata na granitowe kule:
- Dzień dobry! Przepraszam, że przeszkadzam, ale chciałam się zapytać, jak się nosi ten hełm? 
No, głupszej gadki to ja nie mogłam wypalić! Miało być incognito, a wyszło "szydło z worka". Chociaż mogłam zagadać głupiej. Np. tak: "po ilu praniach jest ta czapka, bo wygląda jak nowa".
Pan wcale nie był zaskoczony moją durną zaczepką, uśmiechnął się spod wąsa i odpowiedział:
- Nie przeszkadza Pani. Jestem już przyzwyczajony do tego, że wzbudzam takie zainteresowanie (On, znaczy się, a nie moja czapka!). Żona kupiła mi tę czapkę pod choinkę w tamtym roku. Teraz noszę już przy sobie wizytówkę tej firmy i daję namiary każdemu, kto się zapyta. 
W tym momencie Pan Rycerz sięgnął do portfela i wyciągnął paskudnej urody kartonik z namiarami na "moją firmę" (muszę popracować nad wizytówkami). Cyknęłam grzecznie zdjęcie, podziękowałam i pędem zmyłam się się z pola boju, bo śmiech mnie rozsadzał od środka. 

Tak oto namacalnie doświadczyłam, czym jest reklama szeptana :)

A produkcja hełmów trwa, z tym, że moce przerobowe nie nadążają za popytem...

 

piątek, 2 listopada 2018

[297] Rzut beretem... na taśmę.

Ten beret ma swoją historię... jak wszystko, co robię dla mojej mamy:)
Jakiś czas temu zwierzyłam się mojej mamie, że od września jestem "zarobiona" po pachy, bo jak co roku rusza sezon na hełmy (w podtekście, czyli między wierszami czytaj: nie mam czasu na pierdoły). Moja mama wysłuchała i rzuciła:
- Jak już masz sprzęty wyjęte (czyli druty i szydełka), to rzutem na taśmę możesz mi beret zrobić. Taki granatowy, wiesz, do tej kurtki, co... (i tu pada długie tłumaczenie, co to za kurtka jest). 

Tu należy się mała dygresja. Tekst:"rzutem na taśmę" jest często używany przeze mnie w celu wrobienia mojej mamy jakieś drobne szycie na maszynie. Ja muszę specjalnie maszynę wyjmować, stolik odgruzować, a moja mama z racji nadmiaru miejsca, w jednym z pokoi urządziła sobie pracownię, a co za tym idzie, wszystko ma pod ręką.

No to rzutem na taśmę dziergnęłam ten beret i zadowolona z siebie, że taka szybka i zdolna bestia jestem, podrzuciłam go wczoraj mamie.

Moja rodzicielka pędząc z kuchni do pokoju, wyhamowała przed lustrem na chwilę, nasadziła szybko berecik na głowę, po czy jeszcze szybciej zdjęła i rzuciła na półkę z grymasem niezadowolenia:
- Za mały jest! Jak ja mam to wypchać?

Berecik jest w sam raz rozmiarowo, bo genetycznie główkę mam po mamusi :)  
Moim zdaniem udany. Ładnie leży. Twarzowy, znaczy się.






  A tu taki error! 
Beret standard ale moja mama preferuje spodki UFO, które na dodatek jeszcze czymś wypycha dla zwiększenia odlotowego efektu wizualnego.

No i w ten oto sposób zostałam z granatowym nakryciem głowy!








No i z nową robotą, rzecz jasna. Taką rzutem na taśmę :)

Aż mnie korci, by teraz takie rondo wydziergać, że jak moja mama będzie przechodzić przez skrzyżowanie, to wymusi ruch kołowy na kierowcach samochodów! 

piątek, 26 października 2018

[296] Wyprawka dla Aleksandra :)

Aleksander przyszedł na świat wczoraj!
Dzięki nowoczesnej technice został wcześniej namierzony, zmierzony i obejrzany od dołu.
Można było spokojnie dziergać niebieskie kocyki :)




Podusię:



Kocyk:



I kapcioszki:



Fajnie się dzierga dla maluszków...


piątek, 12 października 2018

[295] Potworne termoforki

Opowiem Państwu  bajkę z cyklu Potworne termoforki.


Przedstawiam Potworną Księżniczkę i Potwornego Księciunia...




A bajka ta zaczyna się tak:
Pewnego chłodnego, wrześniowego wieczora (tak, tak był taki wieczór, gdy po sierpniowych upałach powiało nagle chłodem) odebrałam maila od Pani Żanety. Choć wieczór był wyjątkowo zimny, to wiadomość tak dla równowagi była ciepła i spontaniczna. Pani Żanecie bardzo spodobał się mój termoforek - Potworek, który zrobiłam kiedyś córce. Wyjątkowo paskudnej urody to był gość, ale grzał i to było jego główną zaletą. No dobra, był tak brzydki, że aż piękny. Miał działanie rozczulająco - ogrzewające.
Z doświadczenia wiem, że jak się ma coś takiego swojego, wybranego, przytulaśnego, takie coś, co to nikt inny nie ma, takie moje na zawsze... i jak się człowiek przytuli do takiego cosia, co to nie tylko miły ale i ciepły... to aż ciepło się się robi na sercu i duszy.
Ktoś, kto rozumie zasadę działania takiego termoforka, co nie tylko zwykłym ogrzewaczem jest ale i terapeutą uroczym, ten docenić potrafi mojego "fijoła" na punkcie ich wytwarzania.
I taką oto chemią powiało.
Pani Żaneta miała gotowy pomysł na swojego ulubionego termoforka - potworka, a ja miałam robić za dobrą wróżkę i pomysł ten zrealizować.




Jak to w bajkach bywa, musi zawsze wystąpić jakieś "ALE". Takie wahanie, wstrzymanie akcji i czas do namysłu. No właśnie - Potworny Księciunio? A może Potworna Księżniczka? ALE on tak bez niej? ALE jak to? Ona bez niego? ALE jak się ma wielkie serce i równie wielką potrzebę przytulania i ogromne pokłady miłości do Ich Potworności, to po co parę rozdzielać? Wszak można pokochać duecik.
 Zaiskrzyło, zatrybiło, zrobiło się potwornie miło, bo o to w tym wszystkim chodziło, by bardziej grzało niż chłodziło :)

Rzuciłam większość moich zamówień w kąt (nawet nie wiedziałam, że mam takie pojemnie kąty) i zabrałam się do pracy. Wszak te Potwornośći były z mojej bajki, tylko jeszcze o tym nie wiedziały.

A jak je już powołałam do życia, to zatańczyły ze szczęścia, bulgocząc wodnym wnętrzem:

Kochankowie do kochania.



Trochę się z nimi zżyłam, ale mam świadomość, że teraz są z innej bajki i wiem, że będą w niej grzały dłuuuugo i szczęśliwie :)



wtorek, 2 października 2018

[294] Wielorybek Franek



Przedstawiam Państwu Wielorybka Franka. Potrzeba nastała wielka. Realizacja szybka. Wzór "z głowy, czyli z niczego".


Proporcje udało mi się jako tako zachować. Kolorystyka też taka morska... Ale ten uśmiech?!



Szczerze? Szczerzył się do mnie ten małych rozmiarów "Wielki Franek" tak jakoś szyderczo, więc nakazałam mu się wypchać... bardziej!




Teraz uśmiecha się już bardziej przyjaźnie w innym akwenie, gdyż popłynął do Wiktorka.


PS
Wielrybka prosto zrobić: wystarczy nabrać np. 10 oczek, podziergać sobie trochę, a potem w gdy dojdziemy do grzbietu, to zbieramy po oczku z każdej strony. Na wysokości oczu dodatkowo zbieramy oczka "na uśmiech" w kolejnych rzędach. A potem ściągamy te kilka oczek, co zostaną, by nie zapędzić się i dzióbka nie zrobić :)

piątek, 13 lipca 2018

[293] Hełm Vikinga






No i znowu dałam się podpuścić :)

Prawdziwi Wikingowie nie nosili hełmów z rogami - usłyszałam od córki - no to musiałam poczynić korektę.
Co to ja takiego prawdziwego hełmu dla prawdziwego Wikinga nie wydziergam?
No i udowodniłam sobie i córce... no i zostałam z hełmem, bo to był akurat prototyp, akurat dla nikogo:)





Póki co, wrzucam do szafy, niech sobie poczeka na prawdziwego Vikinga:)




piątek, 6 lipca 2018

[292] Letnie kiecki ręcznie dziergane

Te kiecki dziergałam z głowy, czyli z niczego.


Różnią się trochę, bo za każdym razem czułam nieodpartą chęć, by coś tam przykombinować..


Niebieska włóczka to taka klasyczna "peerelowska" bawełniana "zerówka"
A ta ecru, to pewnie też bawełna, ale jakoś dziwnie spleciona. Producent nieokreślony, jakiś "demobil" nabyty na Allegro.

Sporo tego udało mi się wylicytować, więc trzasnęłam jeszcze miniówę, by mi się motki nie szwendały po kartonach...





Teraz na tapecie mam taką fajną, stalową bawełenką. Miałam "pomysła" na rozkloszowaną, ażurową kieckę, ale pies dorwał dwa kłębki i szlag trafił mają długo obmyślaną koncepcję:)

Trudno - będę improwizować - w tym jestem najlepsza!